Terminologia filmowa służy w naszym kraju kilkuset, może kilku tysiącom osób. Z tych kilkuset osób kilkanaście może z łatwością wprowadzić jakieś określenie i jest spora szansa, że ono się przyjmie. Jest więc to język niemalże prywatny.
Kompendium słownictwa filmowego może być użyteczne dla ludzi, którzy pracują w zawodach filmowych, może też pomóc tym, którzy rozwiązują krzyżówki, piszą czy tłumaczą powieści z życia ludzi widowiska, może wreszcie posłużyć językoznawcom, którzy zechcą przeniknąć w głąb atrakcyjnego, chociaż bardzo nielicznego środowiska.
W czasie, kiedy nowe techniczne wynalazki gwałtownie zdemokratyzowały kino, kiedy z pomocą kamery DVD każdy, kto zechce może zostać filmowcem, przy prawdziwym zalewie filmów offowych, terminologia filmowa może zainteresować tych wszystkich, którzy praktycznie uprawiają kino, a nie wiedzą jak się o nim mówi.
Obaj autorzy kompendium są znakomitymi fachowcami a pracę swoją potraktowali z humorem, dzięki czemu lektura jest przyjemna, daleka od akademickiej powagi. Jako wykładowca filmu widzę w tekście ślady sporów między dwoma ośrodkami nauczania zawodowego kina, Szkołą Łódzką i Uniwersytetem w Katowicach. W stosunku do paru terminów absolwenci dwóch uczelni różnią się jezykiem i tą drogą można ustalić ich tożsamość. Stuletnia historia kina prowadzi przez kraje, które w różnym okresie odgrywały wiodącą rolę w rozwoju zawodów filmowych, a co za tym idzie i słownictwa. Do dziś w polskim nazewnictwie znajdujemy ślady francuskich wynalazków (transfokator), wiele słów niemieckich (szwenk) i jidysz, nalot słów rosyjskich z Mosfilmu (scenopis) i wreszcie w ostatnich latach lawinę anglicyzmów. W stosunku do tak małej populacji, która korzysta z wyrażeń czysto filmowych żaden purysta nie może wymagać tego, by unikano zapożyczeń czy kalek z języków, w których kręci się więcej filmów niż po Polsku. Dla dobra wspólnych produkcji stosowanie tych samych (najczęściej angielskich) terminów jest pożyteczne i warte poparcia; mamy jednak wiele cech specyficznych dla kina, które uprawiamy w Europie (czy w Polsce w szczególności) i wtedy precyzja słownikowa służy podtrzymaniu oryginalności naszego języka (czym innym jest master shot w Europie, a czym innym w Hollywood).
Książkę moich kolegów Dąbala i Andrejewa polecam innym kolegom zawodowcom i amatorom oraz tym wszystkim, którzy lubią kino i chcą zrozumieć, jakim językiem filmowcy mówią między sobą w pracy. A z paroma określeniami zdefiniowanymi na tych kartach się nie zgadzam i nadal będę mówił inaczej, po swojemu, bo tak przywykłem i tak zwykli mawiać moi najbliżsi współpracownicy filmowi.
Krzysztof Zanussi |